Opowiedz jako Syzyf historię konfliktu z bogami Olimpu.

    Król Koryntu

    Królowałem na Koryncie, jako król Syzyf. Jako chytry i inteligenty władca zdobyłem umiłowanie bogów. Często uczęszczałem na ich ucztach, ponieważ bogowie zapraszali mnie doceniając moją inteligencję i ponad przeciętny spryt. Niestety, poza dobrymi i szlachetnymi cechami miałem również złe, a do jednej się nawet przyznawałem. Mianowicie, była to chęć dzielenia się poufnymi informacjami. Sekret w moich ustach zawsze tu i ówdzie ulatywał dodając mi animuszu, bo nikt przecie nie wie tego, co wiem ja!

    Zawsze rześki i mężny stawiałem się na ucztach olimpijskich, gotowy do pochłonięcia kolejnych smakowitych sekretów. Wypijałem nektar bogów, przez co nigdy nie brakowało mi sił na kolejne spotkania. Bogowie nic z tym nie robili, zupełnie jakby byli w tej sprawie bezradni albo po prostu nie wiedzieli o mojej chęci rozsiewania tajemnic. Pewnego dnia, wybierając się na ucztę, do mich uszu dotarł ogromnie poufny sekret Dzeusa. Teraz wiedzę na temat owego sekretu posiadałem tylko ja wśród ludzkich szeregów! Sekret szybko wydostał się z mych zachłannych na tajemnice ust. Wtedy jednak, bogowie zainterweniowała.

    Bożek Tanatos

    Znając wagę wstydliwego sekretu przechytrzyłem ich kolejny impulsywny ruch. Jak przeczuwałem, nasłali na mnie bożka Tanatosa, który władzę miał nad ludzkimi żywotami. Ja jednak byłem na to gotowy, więc pojmałem go i zamknąłem w najciemniejszych lochach w moim bogatym i pięknym królestwie. Opływaliśmy w szczęściu i dostatku jak nigdy wcześniej. Zawsze posiadałem zmysł do świetnych inwestycji, czy przemyślanych przyszłościowo posunięć. Tym między innymi właśnie zasłużyłem sobie na zasługi bogów. Jednak Korynt, miasto wiecznie żywych przykuło uwagę Hadesa, który przestraszony był brakiem nowych dusz w swoim podziemnym królestwie. Dzeus zesłał na moje miasto Aresa, by wybawić  Tanatosa z wilgotnych lochów. Pod presją wpadłem na plan, który wydawał się ponad przeciętnie chytry.

    -Żono, proszę cię, abyś po mej śmierci ciała mego nie chowała!- rozkazał poważnym i skupionym tonem, czując na karku oddech śmierci.                Ares przybył, by zatopić swe ostrze w mojej krwi. Jednak mimo to nie przegrałem tej potyczki, co na pierwszy rzut oka nie było tak przejrzyste. Albowiem, dusza której nie pochowano, błąkać się będzie i nie zastanie spokoju w podziemiach. Mój plan się ziścił, a ja byłem nad brzegami Styksu, zdesperowany i znudzony.

    Podstęp Syzyfa

    Narzekałem i lamentowałem, że ma okropna żona pogrzebu mi wyprawić nie chciała, a ciało moje porzuciła i odstawiła w niepamięć. Pluton rozsierdzony i wymęczony moimi lamentami i jękami pozwolił mi wrócić na ziemię, by naprawić szkodę, którą wyrządziła mi żona. Znów moje stopy dotknęły znanej mi ziemi, a oczy ujrzały piękne miasto. Czułem się chytry, i dumny jak paw że raz kolejny przechytrzyłem bogów. W głębi duszy chełpiłem się tym przeogromnie, lecz na zewnątrz okazać tego innym nie mogłem. Musiałem się kryć z moim sprytem i wiedzą, by bogowie mnie nie złapali.

    Kara bogów Olimpu

    I tak oto wiodłem ostrożne ale szczęśliwe i długie życie. Bogowie rozważni i równie chytrzy zdawali się nie wiedzieć o kolejnym moich przekręcie. Na pewien czas o mnie zapomniano, lecz pewnego dnia złapali mnie znienacka. Był to dokładniej Tanatos, który uciął mi pukiel włosów i zaciągnął moją duszę do podziemi. Jednak bogowie byli sprytniejsi i mniej przewidywalni niż mi się zdawało. Surowi i rozsierdzeni moimi sztuczkami dali mi karę okropną, na pierwszy rzut oka jednak kuszącą.

    Kara polegała na tym, że mam wnieść duży głaz na stromą i wysoką górę. Nawet z delikatnym zapałem zabrałem się do tego od razu, chcąc wykonać to szybko by później mieć wypoczynek wieczny. Jednak nic z tego, ponieważ jak się okazało bogowie znów pokazali mi swą wyższość, zaznaczając jak małą i wiotką istotą ja jestem, i jak naiwną że pomyśleć mogłem, że kara jest tak łagodna. Sedno tkwiło w tym, że gdy głaz był już przy czubku góry potężnej, zsuwał się i staczał na sam dół.

    Żadna siła prócz tej boskiej głazu na szczyt donieść nie mogła. Prób było wiele, dopóki nie zdałem sobie sprawy jaką karę mi przyszykowano. Zupełnie jak głupiutkie szczęnięcie  karmiony byłem bujdą , że kamień wtoczyć się da, i za każdym razem z taką samą energią i zapałem starałem się pozbyć brzemienia kary z mych barków. Jednak to wszystko się staczało, a zapał malał. Gdy już spróbowałem technik rozmaitych by zanieść głaz, gdy przestudiowałem wszystkie możliwości wzdłuż i wszerz, a nic skutku pozytywnego nie dawało, poddałem się. I tak teraz męki moje trwają wieki, a ja muszę targać głaz na tą samą górę przez lata niezliczone