Baśń o Wielkim Królestwie

Wielkie Królestwo było najpiękniejszym i najbogatszym krajem, rozciągającym się na południowo – wschodnich obszarach naszego świata. Było w nim kilkaset jezior, nieprzeliczona ilość ogromnych, przepaścistych lasów, wspaniałe i żyzne tereny rolnicze, kilkadziesiąt bogatych, niezwykłej urody miast – wśród których szczególny podziw budziła zwłaszcza stolica Wielkiego Królestwa, Ardżana, ze swymi pałacami, sławnym Pałacowym Placem, i rozległym królewskim ogrodem. Nigdzie nie żyło tylu mądrych uczonych, tak wielu utalentowanych artystów, tak walecznych żołnierzy. Nigdzie też nie było tak ogromnej ilości zdrowych i szczęśliwych dzieci, jak właśnie tutaj. Rozsądnie uprawiana żyzna ziemia przynosiła takie plony, że nikt nie był głodny, zaś zdolni królewscy Technicy wymyślali coraz to nowe usprawnienia i wynalazki, ułatwiające mieszkańcom życie i pracę.

Wielkie Królestwo powstało z kilkudziesięciu skłóconych przedtem ze sobą niewielkich państw, rządzonych przez ambitnych i skłonnych do wzniecania lokalnych wojen książąt. Minęło wiele, wiele lat, nim książęta uprzytomnili sobie, że wobec wzrostu potęgi dzikich, koczowniczych plemion na wschodzie, należy się zjednoczyć i wybrać jednego spośród siebie na króla. Najświętsza Magia i Święte Miejsce pomogły wybrać spośród książąt najmądrzejszego i cieszącego się powszechnym szacunkiem władcę. Właśnie on zdołał do końca zjednoczyć skłócone państewka i stworzył Wielkie Królestwo. Za zgodą wszystkich poddanych, włącznie z rodami książęcymi, władza w Wielkim Królestwie stała się dziedziczna i przechodziła z ojca na syna w niczym nie zakłóconym rytmie przez setki lat. Każdy syn spośród królewskich dzieci, którego Święte Miejsce naznaczyło, otrzymywał po dojściu do pełnoletności imię Luil – było to bowiem rodowe imię ojców.

Ostatni Luil nosił miano Luila XXIV. Każdy z kolejnych dwudziestu czterech Wielkich Królów był twórcą dalszego udoskonalania sposobu sprawowania rządów w swym państwie. Jeśli na przykład Luil I doprowadził do tego, że z królestwa zniknął głód, nękający ciągle sąsiednie państwa przez niewłaściwą dbałość o ziemię – to na przykład Luil IV stworzył mądry, sprawiedliwy zbiór praw, dzięki któremu wkrótce w Wielkim Królestwie nie wiedziano co to zbrodnia, kradzież czy ludzka krzywda. Luil X hołubił lekarzy; doprowadził do tego, że medycyna znalazła się w takim rozkwicie, iż większość groźnych do tej pory chorób została opanowana, zniknęły wielkie epidemie, jak dżuma, a poddani królewscy zaczęli cieszyć się iście wspaniałym zdrowiem.

Luil XIII był szczególnym władcą: otoczył bowiem swoją królewską opieką prześladowane, kryjące się w górach i lasach kobiety, obdarzone nadprzyrodzonym darem magii i zwane potocznie Czarownicami. Jeśli do tej pory schwytana przez władze Czarownica bywała palona na stosie lub topiona w jeziorze z ogromnym kamieniem u szyi – to król Luil XIII wydał im glejty nietykalności… Tym razem jednak to poddani byli pierwszymi, którzy jęli chronić Czarownice przed stosem, poznając ich ogromną użyteczność dla siebie. Luil XIII musiał jedynie nauczyć szacunku wobec Czarownic swoich rycerzy, Techników i uczonych. Ci bowiem długo wzdragali się przed uznaniem “zabobonów”.

Luil XIII posunął się tak daleko, iż stworzył Akademię Magiczną, kształcącą utalentowane w tym kierunku dzieci (z reguły były to dziewczynki). Dzieci te już we wczesnym wieku zdolne były przeobrażać niektóre przedmioty, zaklinać pogodę, odtruwać studnie, leczyć niektóre z chorób, przebywać bez lęku wśród najdzikszych zwierząt. Kształcone w Akademii Magicznej przez Czarownice, doskonaliły swój kunszt, a niekiedy dostępowały Najwyższego Wtajemniczenia. Z kolei król Luil XIX otoczył swoją opieką uczonych i artystów, więc rychło nauka i sztuka osiągnęły niespotykany stopień rozwoju – któremu nie stawiały tamy ni ograniczeń ani podejrzliwość doradców i urzędników króla, ani bardzo jednostronne widzenie świata Techników czy ograniczoność pewnych rycerzy. Największe zasługi dla swego państwa położył król Luil XXIII. Wiedząc z kart starych kronik i historii, ile krzywdy i nieszczęść przyniosły poddanym wyniszczające ongiś wojny między skłóconymi państwami – Luil XXIII zlikwidował cały rycerski stan w swym Królestwie, nakazując głęboko zakopać wszystkie miecze, szable, łuki i inną, bardziej skomplikowaną broń. Zażądał też od wszystkich poddanych przysięgi, iż nigdy więcej nie wezmą udziału w żadnej z wojen. Większość poddanych z radością spełniła królewski rozkaz i Dzień Zakopywania Broni stał się od tej pory wspaniałym świętem, czczonym co rok na wiosnę.

W Księdze Wielkiej historia ta zakończyła się opisem rządów najwspanialszego z dwudziestu czterech władców Luila XXIII. To właśnie on, chcąc położyć tamę żądzy wszelakich wojen zaborczych – które nękały Królestwo jeszcze przed jego zjednoczeniem – nakazał zniszczyć całą broń, jaka kiedykolwiek i gdziekolwiek znajdowała się w posiadaniu jego podwładnych. Czego nie dało się spalić lub porąbać na kawałki – zostało zakopane w ziemi na wieczne czasy. Matka Ziemia przyjęła w siebie tysiące srebrzystych mieczy z ozdobnymi rękojeściami, których stal była tak mocna, iż oparła się jakiejkolwiek próbie zniszczenia. A każdy z tych mieczy przynależał do jednego z wielkich, rycerskich rodów o wielowiekowej tradycji. Niektórzy z rycerzy płakali żegnając się ze swą bronią, inni próbowali ją ukryć przed okiem królewskiej gwardii, ale większość uznała wyższość Idei Pokoju nad umiłowaniem żołnierki.

Dzień ów nazwano Dniem Zakopywania Broni i od tej pory corocznie czczono go jako uroczyste, zaświadczające o szlachetności Luila XXIII święto. Luil XXIII zdążył już zejść z tego świata po 77 latach panowania – i jak przystało na ród Luilów stało się to wyłącznie ze starości, a nie z choroby czy innej przyczyny – a Dzień Zakopywania Broni, przypadający na sam początek wiosny nadal był największym i najweselszym ze świąt. Patronował mu już kolejny, dwudziesty czwarty z rzędu król o imieniu Luil. Legenda głosiła, że Święty Kamień przyjął go chętnie, namaszczając tym samym na króla – ale na mgnienie oka zalśnił jakąś ponurą, zielonkawą poświatą, która zebranym tłumnie kapłanom, rycerzom, uczonym i przedstawicielom wszystkich poddanych skojarzyła się – w ponury sposób – z Podziemnym Królestwem Złej Śmierci. Ale dość szybko zapomniano o tym wydarzeniu.

Król Luil XXIV, jak wszyscy z jego rodu, był rosłym, jasnowłosym i silnym mężczyzną. Zgodnie z obyczajem wprowadzonym przez Luila VIII nie musiał w wyborze żony kierować się względami polityki i szukać jej wśród księżniczek o nieskazitelnym pochodzeniu rodowym. Jego wybór padł jednak na córkę starego rycerskiego rodu – rycerskiego już jedynie z nazwy, bowiem wszystkie rodowe miecze dawno spoczywały zakopane w ziemi.

Piękna Avatia, równie rosła i jasnowłosa jak jej mąż, urodziła mu dwóch synów i jedną córkę. Obaj synowie nie otrzymali jeszcze właściwego imienia, bowiem tylko Święty Kamień mógł rozstrzygnąć, który z nich otrzyma później miano Luila, a który męską odmianę imienia matki. Gdy królewscy synowie dorastali do pełnoletności, stawiano ich kolejno (zależnie od tego, ilu ich było, a prawie zawsze więcej niż jeden) na Świętym Kamieniu. Omszały prastary Kamień albo tkwił nieporuszony w swych posadach w głębi Wielkiej Świątyni (nikt nie pamięta, ani od kiedy tam stał, ani też skąd się wziął) – albo też leciutko drgał. Drganiem wskazywał, który z królewskich potomków jest bardziej godny tytułu następcy tronu, a tym samym imienia Luil z przydatkiem kolejnej liczby. Niekiedy jednak Święty Kamień brutalnie zrzucał kandydata do tronu, lub porażał go lodowym tchnieniem z Podziemi, prawie że zabijając. Było to zjawisko nader rzadkie, ale jednak zdarzało się przynajmniej raz na kilka królewskich pokoleń i prawie zawsze dowodziło istnienia ukrytej, ale poważnej skazy w charakterze królewskiego syna. Czasem była to zbytnia żądza władzy, to znowu szkodliwa u królów zbytnia przebiegłość i chytrość lub też niezdolność dotrzymywania składanych poddanym obietnic. Święty Kamień – który nie miał Początku ani Końca – nigdy się nie mylił.

 Jednak tym razem żaden z królewskich synów nie doczekał dnia swych osiemnastych urodzin i nie stanął na Świętym Kamieniu. Obaj bracia, nie wiedząc nic o swoim przyszłym tragicznym losie, żyli beztrosko, ucząc się wraz ze swą królewską siostrą Luelle pod bystrym okiem najwytrawniejszych nauczycieli, rycerzy i najbieglejszych Czarownic.

Rodziły się też królewskie córki i zawsze nosiły imię Luelle. Jednak nigdy nie stawały na Świętym Kamieniu. Jak długo rodzili się synowie, nie trzeba było wkładać korony na głowy córek. A synowie rodzili się zawsze. Owszem, gdyby Święty Kamień odrzucił kolejno wszystkich synów któregoś z królów, córka i siostra kandydatów do tronu miałaby także prawo do wstąpienia na Kamień. Ale nigdy tak się nie stało.

Królewna Luelle zdążyła wyjść za mąż. Zgodnie z tradycją wprowadzoną przez Luila V pożądane było, aby królewskie córki znajdowały mężów wśród królewskich poddanych, których wybierały wyłącznie z miłości. Był to piękny i mądry obyczaj, powodujący, iż królewski ród z pokolenia na pokolenie jednoczył się małżeńskimi więzami ze wszystkimi rodami królestwa, czy to rycerskimi, czy też nawet mieszczańskimi lub wiejskimi. Dzieci królewskich córek – jeśli były dziewczynkami miary prawo zachować imię Luelle, zastrzeżone wyłącznie dla potomkiń królewskiego rodu. Ostatnia z królewien w wieku lat szesnastu wyszła za mąż za Nadwornego Maga Luila XXIV. Jej bracia mieli wówczas czternaście i piętnaście lat. Król Luil XXIV, gdy doszedł do władzy, zastał Wielkie Królestwo tak doskonale urządzone i bogate, iż nie miał wiele do roboty. Wszystko funkcjonowało niemal samo z siebie, jak doskonały mechanizm. Oddał się zatem swym ulubionym zajęciom w Królewskiej Menażerii. Kochał zwierzęta i potrafił przebywać z nimi całymi dniami…

… i właśnie ta małżeńska para, królewna Luelle ze swym mężem jako pierwsi wyczuli grożące Wielkiemu Królestwu niebezpieczeństwo. Oczywiście, wyczuły je też Czarownice, Trzynaście Sióstr Starszych. Ale na próżno próbowali ostrzegać najpierw samego króla, a potem jego ministrów, doradców, przyjaciół – ostrzegając, iż czują, że do granic państwa zbliża się jakaś Niepojęta Groza. Choć bowiem czuli niebezpieczeństwo, nie umieli go określić. Król Luil XXIV nie wierzył, aby jego państwu, po wiekach spokoju, mogło cokolwiek zagrażać. Ministrowie także nie dawali wiary słowom Luelle, jej męża i Czarownic. Para ta wręcz naraziła się całemu dworowi, bowiem nagle zaczęła żądać odkopania broni! A właśnie zbliżał się Święty Dzień i wszyscy Mieszkańcy czynili do niego radosne przygotowania. W atmosferze wesołości nikt nie chciał dawać wiary ponurym przepowiedniom. Domy strojono kwiatami, pleciono wieńce na głowy, szyto piękne i bogate stroje. W Dzień Święta Zakopywania Broni wszyscy – jak zawsze – wylegli na place miast, na wiejskie łąki, na rynki małych miasteczek, by śpiewać i tańczyć, paląc symboliczne, drewniane miecze, specjalnie wyrzeźbione na to święto. Niektóre nawet nosiły rodowe herby! W pałacu królewskim została tylko Luelle z mężem, a twarze ich ściągnięte były najwyższym niepokojem. Tylko oni na pozornie błękitnym niebie dostrzegali czarne, nadciągające ze wszystkich granic państwa chmury. Nic dziwnego, że jedynie oni zdołali uciec ze stolicy, nim nadeszła Groza. Czarownice do samego końca próbowały przeciwdziałać Złu, ale niewiele już mogły wobec liczebności siły, która stawiała im czoła. Niektórym z nich niemal w ostatniej chwili udało się zbiec; inne zginęły, przyczyniając wiele szkód wrogowi, nim same poniosły śmierć.

 bowiem oto przez wszystkie granice Wielkiego Królestwa, właśnie w Dniu Zakopywania Broni, przeszła – nie zatrzymywana przez nikogo, albowiem straży granicznych nie było – ogromna, niepoliczalna wręcz armia Najeźdźców. Były to sprzymierzone pod wodzą Księcia Urgha wszystkie pograniczne plemiona z sąsiednich Wielkich Stepów. Urgh, dziki i okrutny przywódca małego koczowniczego plemienia, od dawna z zawiścią i czujnie obserwował syte i spokojne Wielkie Królestwo. Poza nim, jak daleko sięgał wzrok i zręczny cwał koni – nigdzie nie było w tym świecie tak dobrze zorganizowanego i rządzonego, a w efekcie tak bogatego państwa. Poza jego granicami były jedynie Wielkie Stepy, a na nich niepoliczalna ilość skłóconych i stale walczących ze sobą koczowniczych plemion. Toczyły one między sobą dzikie i krwawe wojny, kradły sobie wzajem bydło, kobiety, dzieci i konie, stale przemieszczając się z miejsca na miejsce. Plemiona te, żądne jedynie walki i grabienia cudzych bogactw, nie byty zdolne same z siebie zbudować cokolwiek trwałego. Nie tworzyły ani żadnych budowli, ani nie uprawiały roli, nie posiadały własnej kultury, czy choćby techniki. Swe znikome techniczne uzdolnienia obracały na jeden tylko cel: konstruowanie coraz sprawniejszej broni. Tym chętniej ich oczy – chciwe i zawistne – od lat czujnie spoglądały na bogate Wielkie Królestwo. Nigdy jednak żadne z plemion, ani nawet wszystkie razem wzięte, nie miały szansy napaści na potężne państwo. Nigdy – do momentu, gdy król Luil w szlachetnym acz utopijnym zamyśle nie pozbawił swego państwa wszelkiej ochrony nakazując zniszczyć całą broń… Właśnie od tego dnia oczy Barbarzyńców coraz czujniej przypatrywały się niepokonanemu do tej pory Królestwu. Jeszcze jednak długo nie ważyły się go zdobywać. Na polecenie jednego z Urghów, cierpliwie czekały na najlepszy moment.

Ród Urghów był rodem najdzikszym, najokrutniejszym i zarazem najbardziej chytrym. Gdy kolejny syn tego rodu zadecydował, że nadszedł właściwy Dzień Najazdu – było to wówczas, gdy nie tylko cała broń Wielkiego Królestwa od kilkudziesięciu lat spoczywała zakopana w ziemi. To mogło nie wystarczyć do bezkarnego podboju tak ogromnego Imperium. Ale oto w wiek rycerski weszło kolejne pokolenie młodzieńców – którzy nigdy nie widzieli na oczy prawdziwej broni, nigdy nie mieli przypasanego żelaznego miecza ani nie nauczyli się nim posługiwać. Wiedzieli tylko, czym są i do czego służą miecze drewniane: do dorocznego palenia ich z radosnym śpiewem. Tak więc potomek rodu Urghów wybrał najlepszy moment. Zjednoczył wokół siebie wszystkie plemiona – i setką tysięcy dzikich wojowników wkroczył do bezbronnego Wielkiego Królestwa. Sam widok półdzikich, przybranych w futra i zbrojnych w wielkie żelazne miecze, długie dzidy, łuki i ostre noże brodatych wojowników, na równie dzikich i wielkich czarnych koniach, wjeżdżających z wrzaskiem do wsi i miast, przeraził na tyle mieszkańców Wielkiego Królestwa, że nim zdołali pochować się w swych domach – które i tak nie były schronieniem – setki ich od razu zginęło. W świątecznych, pięknych strojach, przybrani wieńcami z kwiatów, leżeli martwi na placach, rynkach i łąkach, gdzie świętowali swój kolejny Dzień Zakopywania Broni. Drewniane miecze, jak na urągowisko, tkwiły w ich martwych, nieruchomych dłoniach.

W tym dniu z rąk najeźdźców zginęła jedna trzecia mieszkańców Wielkiego Królestwa. Zostali także zabici król Luil XXIV z małżonką i dwoma synami. Ich ciała jeszcze długo włóczone były przez dzikie konie po głównych ulicach stolicy. Tylko królewna Luella z Nadwornym Magiem zniknęli. Jednak wielu mieszkańców klęło się, iż na własne oczy widziało również ich ciała wśród zabitych na Wielkim Placu w Ardżanie. Nie chcąc jednak, by były bezczeszczone przez Najeźdźców, nikt ich im nie wskazał…

I w ten sposób upadło świetne Wielkie Królestwo po wiekach niespotykanego rozwoju i rozkwitu. Upadło za sprawą szlachetnej Idei, która jednak przyszła zbyt wcześnie. Od tego też dnia – Dnia Podboju, Dnia Grozy – zaczęło powoli chylić się ku ruinie. Bowiem zarówno Urgh (który mianował się królem Urghiem I – władcą Imperium) jak i jego następcy umieli tylko korzystać z tego czym zawładnęli; żaden z nich nie umiał ani nie zamierzał niczego tworzyć. Bogactwa Wielkiego Królestwa wydawały się im nieskończone.

Rządy Najeźdźców są niczym nie zagrożone, gdyż cały lud pozbawiony jest broni – jednak po kraju od ponad 650 lat krąży niezwyciężona Pieśń Jedyna głosząca ich kres. Więc Urghowi żołnierze nienawidzą tej Pieśni; boją się jej, a są niezwykle zabobonni, jak każdy prymitywny człowiek. W imię tego strachu popełniają nowe zbrodnie. Szczególnie uporczywie, z pomocą swych szpiegów – tropią wszystkie Czarownice, gdyż lękają się ich bardziej niż kogokolwiek.

Optimization WordPress Plugins & Solutions by W3 EDGE