Geneza ,, Balladyny ”

    Balladynę napisał Juliusz  Słowacki jesienią 1834 r. w Genewie. Od razu był świadom oryginalności i wysokiej rangi literackiej tego dramatu. Wiedział, że tworząc go wkracza na nie znane dotychczas literaturze polskiej obszary.
    ,,Z wszystkich rzeczy — pisał do matki 3 8 grudnia 1834 r. — które dotychczas moja mózgownica urodziła, ta tragedia jest najlepszą — zwłaszcza, że otworzyła mi nową drogę, nowy kraj poetyczny, nie tknięty ludzką stopą, kraj obszerniejszy niż ta biedna ziemia, bo ide­alny.”
    Dramatu jednak od razu nie opublikował. Do matki i do paryskiego księgarza pisał, że na przeszkodzie stanął brak pieniędzy. Wydaje się jednak, że właściwą przyczyną zwle­kania z drukiem była świadomość niezwykłego nowatorstwa utworu i jego ironicznego stosunku do otoczonej szacunkiem tradycji literackiej i narodowej. O tym bowiem wspominał jeszcze po latach w liście do Januszkiewicza (listopad 1838 r.):

    „[…] bo choć rzecz jest polska, ale niepatricrtyczjia, więc gotowa mi się źle odpłacić…, a oryginalność sama

    tej tragedii i rodzaju, w którym jest napisana, na’ długo rozkupowi sprzeciwiać się będzie…”

    Zdawał sobie zatem sprawę, że Balladyny nie zaakceptuje ani -niechętna mu dotychczas krytyka, ani nie przygotowani czytelnicy. Zdecydował się więc ogłosić dramat drukiem do­piero w r. 1839 w Paryżu, po powrocie z podróży na Wschód, kiedy to zmasowaną edycją swoich dzieł usiłował przypom­nieć się emigracyjnemu środowisku. Jednakże zamiast zain­teresowania i zachwytu naraził się na drwiny i  krytyki  czy­telników, którzy po prostu nie zrozumieli opartej na zasadach ironii nowej struktury dramatu. Oto co pisał o Balladynie czołowy recenzent emigracyjny, Stanisław Ropelewski:

    „Nie jest to tragedia grecka ani szekspirowska, ani hiszpańska, ani z tych wyrodzona niemiecka; w całej książce (wyjąwszy przedmowy) nie widać nawet życze­nia ze strony poety, aby to była tragedia polska […]. Balladyna jest tragedia, jakiej drugiej nie ma, nie było i nie będzie […]. W czym te kilkadziesiąt scen bez logicznego związku między sobą, bez względu na czas i miejscowość, bez poezji, bez stylu, bez historycznej prawdy, w czym ten dialog pełen niedorzeczności i krwi ma rozjaśniać sta­rożytne dzieje Polski? Nie wiem.”

    Rozgoryczony takimi opiniami, a jednocześnie świadomy doniosłości własnego dokonania, pisał Słowacki w skierowanym do Zygmunta Krasińskiego liście dedykacyjnym poprze­dzającym Lilią Wenedę:

    „Ile razy z tobą byłem, zdawało mi się, że wszyscy ludzie mają oczy Rafaelowskie, że dosyć jest jednym słowa zarysem pokazać im piękną postać duchową […], że dodawszy do stworzonego już przez poetów świata jedną taką postać, jak nimfa uwieńczona jaskółkami, które pierzchają z włosów dotknięte słońca promykiem, jedną taką postać, jak nimfa uwiązana rączkami za łańcuch smutno gwarzących po niebie żurawi — można te Ateńczyki obrócić na niebo oczyma.

    Zwracał się z tymi sprawami do Krasińskiego, bo tylko on 1 zaledwie kilku innych jeszcze wnikliwych czytelników, ta­kich jak na przykład Edward Dembowski, zrozumiało właści­wie nowatorstwo literackie Balladyny . Nie wszyscy jednak mogli ją zaakceptować.