Matura doc polski maj 2010 cz.II pisanie własnego tekstu

    Egzamin maturalny z języka polskiego 2010

    Poziom podstawowy

    Część II – pisanie własnego tekstu w związku z tekstem literackim zamieszczonym w arkuszu. Wybierz temat i napisz wypracowanie nie krótsze niż dwie strony (około 250 słów).
    Temat 1. Na podstawie podanych fragmentów komedii Moliera Świętoszek scharakteryzuj głównego bohatera oraz omów postawy Orgona, Kleanta i Elmiry wobec tytułowej postaci.

    Świętoszek
    Akt I, Scena 6.
    Orgon, Kleant
    Kleant
    Jakież czary znalazłeś dziwne w tym przybłędzie,
    Że poza nim nic zgoła nie chcesz mieć na względzie?
    Że przyjąwszy w dom własny, dobywszy go z nędzy,
    Teraz jeszcze…
    Orgon
    Mój szwagrze, nie sądź rzeczy prędzej,
    Aż sam poznasz człowieka, o którego chodzi!
    Kleant
    Nie znam go dotąd, prawda, lecz mniemać się godzi,
    Że nie trudno jest zgadnąć, co to za jegomość…
    Orgon
    Mój bracie, rozkosz sprawi ci jego znajomość,
    Dziwne uczucie szczęścia w twą duszę zawita.
    Bo też to człowiek… człowiek… no, człowiek i kwita.
    Kto z nim żyje, błogiego zażywa spokoju,
    Na cały świat spogląda jak na kupkę gnoju;
    Przy nim cała się moja odradza istota,
    On wyzwala mą duszę z doczesnego błota,
    Dzięki niemu, z przywiązań ziemskich oczyszczony,
    Mógłbym na zgon dziś patrzeć matki, dzieci, żony
    I nie uczułbym w sercu, ot, nawet ukłucia.
    Kleant
    A, to niezwykle ludzkie w istocie uczucia!
    Orgon
    Ach, gdybyś wiedział, jak go poznałem niechcący,
    Nie dziwiłbyś się mojej przyjaźni gorącej!
    Każdego dnia biedaczek ten o słodkiej twarzy
    Opodal mnie pokornie klękał u ołtarzy,
    A zapał, z jakim wznosił do nieba swe modły,
    Oczy wszystkich obecnych wciąż ku niemu wiodły:
    To wzdychał, to się krzyżem rozkładał na ziemi,
    Aby dotknąć posadzki usty pokornemi,
    A gdym wychodził, za mną pospieszał w zawody,
    Aby w drzwiach jeszcze podać mi święconej wody.
    Że zaś mnie sługa jego objaśnił czym prędzej,
    Kto on zacz, i wyjawił, że jest w srogiej nędzy,
    Chciałem go wspomóc, ale on, skromny bez miary,
    Zwracał mi nieodmiennie część mojej ofiary.
    „To za wiele — powiadał — połowa dość będzie,
    I tak łaski twej nadto doznaję w tym względzie”.
    Gdym zaś wzbraniał się przyjąć, zgadnij, co on pocznie:
    Resztę biednym w mych oczach rozdzielał bezzwłocznie.
    Słowem, niebo go wwiodło w domu mego progi,
    A z nim weszła pomyślność wszelka, spokój błogi.
    On o wszystko się troszczy, nawet o mą żonę —
    O mój honor starania ma nieocenione —
    Jego straże każdemu do niej wstępu bronią
    I bardziej niż ja stokroć zazdrosny jest o nią.
    A przy tym sam dla siebie, ach, jakiż surowy!
    W lada drobnostce grzechu już dojrzeć gotowy,
    Za rzecz najbłahszą żąda pokuty i kary:
    Wszakci sam się obwinił, skruszony bez miary,
    Że kiedyś w uniesieniu grzesznym, Bóg mi świadkiem,
    Pchłę zabił, przy pacierzu schwyconą przypadkiem.
    Kleant
    Czyś ty oszalał, bracie, czy też od godziny
    Bajaniem takim stroisz sobie ze mnie drwiny?
    Co ty chcesz wmówić we mnie? Czy myślisz, że można…
    Orgon
    Mój bracie, twoja mowa jest wielce bezbożna
    Wiem, że brat ku tym błędom chętnie ucha skłania,
    I nigdy nie taiłem o tym mego zdania,
    Że ci to niedowiarstwo nie wyjdzie na zdrowie.

    Kleant
    Oto, jakiego ćwieka każdy z was ma w głowie:
    Żądacie, aby wszyscy ludzie byli ślepi,
    I bezbożnikiem dla was jest, kto widzi lepiej!
    Kto przed waszym bałwanem nie uchyli czoła,
    Dla tego już na świecie nic świętego zgoła!
    Nie, bracie, twych pogróżek głos mnie nie poruszy.
    Wiem, co mówię, a Pan Bóg czyta w mojej duszy.
    Mów, co chcesz, ja przy swoim sądzie pozostanę:
    Są udane świętoszki, jak zuchy udane;
    Tak jak na polu walki nie tego człowieka
    Mam za najdzielniejszego, co najgłośniej szczeka,
    Tak samo i pobożność szczerą w sercu kryje
    Nie ten, co leżąc krzyżem, skręca sobie szyję.
    Cóż u licha! Rozróżnić czyliż to tak trudno
    Między świątobliwością szczerą a obłudną? […]
    Tak znów nic mnie nie mierzi bardziej na tej ziemi
    Niż fałsz, co się pozory barwi nabożnemi,
    Niż owi obłudnicy, nędzne szarlatany,
    Którzy podłych grymasów dewocji udanej
    Używają bezkarnie, by ciągnąć korzyści
    Z tego, co ludzie w sercu swym wielbią najczyściej. […]
    I gdy chcą kogoś zgubić, osłonią, gdy trzeba,
    Swoją własną nienawiść interesem nieba — […]
    Takich w świecie szalbierzy wielu brat obaczy,
    Lecz szczera bogobojność wygląda inaczej.
    AKT IV, Scena 5.
    Tartuffe, Elmira, Orgon pod stołem
    Tartuffe
    Lecz skoro hołd mój widzisz okiem tak łaskawem,
    Czemuż nie chcesz obdarzyć bardziej słodkim prawem?
    Elmira
    Lecz jakże mogę chęci okazać łaskawsze,
    Nie obrażając nieba, którym grozisz zawsze?
    Tartuffe
    Jeżeli tylko niebo nam na drodze stoi,
    Usunąć tę zawadę leży w mocy mojej:
    Przeszkodą to nie będzie szczęśliwości naszej.
    Elmira
    Lecz kara niebios wieczna, którą pan nas straszy?
    Tartuffe
    Mogę rozproszyć pani dziecinne obawy,
    W zwalczaniu tych skrupułów mam bo nieco wprawy.
    Prawda, że w oczach nieba rzecz to nieco zdrożna
    Lecz i z niebem dać rady jakoś sobie można:
    Jest sztuka, która wedle potrzeby przemienia,
    Rozluźnia, ścieśnia węzły naszego sumienia
    I która umie zmniejszyć złych czynów rozmiary,
    Jeżeli czyste dla nich wynajdzie zamiary.
    Na zgłębienie tajemnic tych nadejdzie kolej,
    Niech mi się tylko pani prowadzić pozwoli!
    Chciej spełnić me pragnienia, a ja w tej potrzebie
    Odpowiadam za wszystko, grzech biorę na siebie!
    […]
    Słowem, brać tych skrupułów nie trzeba dosłownie:
    Wszak wiedzieć nikt nie będzie, a niech pani wierzy,
    Że zło naszych postępków w ich rozgłosie leży.
    Zgorszenie świata — oto, co sumienie gniecie,
    I wcale ten nie grzeszy, kto grzeszy w sekrecie. […]
    Elmira
    Zechciej pan drzwi otworzyć i spojrzeć dokoła,
    Czy mój mąż w jaki sposób zajść tu nas nie zdoła!
    Tartuffe
    Skądże ta troska w pani dziś się mogła zrodzić?
    Wszak to człowiek stworzony, by go za nos wodzić.
    tłum. T. Żeleński-Boy  Molier, Świętoszek, Kraków 2008
    Temat 2. Na podstawie podanego fragmentu utworu Hanny Krall Zdążyć przed Panem Bogiem przedstaw przemyślenia Marka Edelmana o możliwościach godnego życia w czasach Zagłady i różnych poglądach na temat godnej śmierci.
    Zdążyć przed Panem Bogiem
    Teodozja Goliborska mówiła mi, że w szpitalu domyślali się jego (Marka Edelmana) innych zajęć, o które nie należało pytać, więc nie wymagali od niego wiele, tyle że codziennie odnosił do stacji sanitarno-epidemiologicznej krew chorych na tyfus, a później mógł już zająć miejsce przy wejściu na Umschlagplatz i stać tam codziennie przez sześć tygodni, aż te czterysta tysięcy ludzi przejdzie obok niego w drodze do wagonów. […] Krzyczy (Marek Edelman), że ja (Hanna Krall) pewnie uważam biegnących do wagonu za gorszych od tych, którzy strzelają. Jasne, na pewno uważam, przecież tak uważają wszyscy, nawet ten profesor amerykański, który go niedawno odwiedził, mówił mu: „Szliście jak barany na śmierć.” Amerykański profesor wylądował gdzieś na francuskiej plaży, biegł czterysta czy pięćset metrów pod morderczym ogniem, nie schylając się i nie padając, i był ranny, a teraz uważa, że jak ktoś przebiegnie taką plażę, to może później mówić – „człowiek powinien biec” albo „człowiek powinien strzelać”, albo – „szliście na śmierć jak barany.” Żona profesora dodała, że strzały są potrzebne przyszłym pokoleniom. Śmierć ludzi ginących w milczeniu jest niczym, bo nic nie pozostawia po sobie, a ci, co strzelają, pozostawiają legendę – jej i jej amerykańskim dzieciom. Doskonale rozumiał, że profesor, który ma blizny po ranach, ordery i katedrę, pragnie jeszcze mieć i te strzały w swojej historii, próbował jednak wytłumaczyć mu różne rzeczy –że śmierć w komorze gazowej nie jest gorsza od śmierci w walce i że niegodna śmierć jest tylko wtedy, kiedy się próbowało przeżyć cudzym kosztem – ale nie udało mu się niczego wytłumaczyć, bo znowu zaczął krzyczeć i jakaś pani, która tam była, starała się go usprawiedliwić: „Wybaczcie mu”, prosiła z zażenowaniem, „jemu trzeba wybaczyć…” – Moje dziecko – mówi – musisz to wreszcie zrozumieć: ci ludzie szli spokojnie i godnie. To jest straszna rzecz, kiedy się idzie tak spokojnie na śmierć. To jest znacznie trudniejsze
    od strzelania. Przecież o wiele łatwiej się umiera, strzelając, o wiele łatwiej było umierać nam niż człowiekowi, który idzie do wagonu, a potem jedzie wagonem, a potem kopie sobie dół, a potem rozbiera się do naga… Już to rozumiesz? – pyta. – Tak – mówię. – To tak. – Bo przecież o tyle łatwiej nam patrzeć na ich śmierć, kiedy strzelają, niż na człowieka, który kopie sobie dół. – Widziałem kiedyś na Żelaznej zbiegowisko. Ludzie tłoczyli się na ulicy dookoła beczki – zwyczajnej drewnianej beczki, na której stał Żyd. Był stary, niski i miał długą brodę. Przy nim stało dwóch niemieckich oficerów. (Dwóch pięknych, rosłych mężczyzn przy małym, zgarbionym Żydzie.) I ci Niemcy wielkimi krawieckimi nożycami obcinali Żydowi po kawałeczku jego długą brodę, zaśmiewając się do rozpuku. Tłum, który ich otaczał, też się śmiał. Bo obiektywnie to naprawdę było śmieszne: mały człowieczek na drewnianej beczce z coraz krótszą brodą, ginącą pod krawieckimi nożycami. Jak gag filmowy.Nie było jeszcze getta, więc w tej scenie nie czuło się grozy. Z Żydem przecież nic
    strasznego się nie działo: tyle że można go było bezkarnie na tej beczce postawić, że ludzie zaczynali rozumieć, że to jest bezkarne i że budził śmiech. Wiesz co? Wtedy zrozumiałem, że najważniejsze ze wszystkiego jest nie dać się wepchnąć na beczkę. Nigdy, przez nikogo. Rozumiesz? Wszystko, co robiłem potem – robiłem dlatego, żeby nie dać się wepchnąć. […] Przed wojną byłeś nikim. Więc jak się to stało, że trzy lata później byłeś członkiem komendy ŻOB-u? Byłeś jednym z pięciu ludzi wybranych spośród trzystu tysięcy…
    – To nie ja powinienem tam być. Tam miał być… No, wszystko jedno. Nazwijmy go „Adam”. Skończył przed wojną podchorążówkę, brał udział w kampanii wrześniowej, w obronie Modlina. Wszyscy znali jego odwagę. Przez długie lata był moim prawdziwym bożyszczem.
    Pewnego dnia szliśmy razem Lesznem, na ulicy były tłumy ludzi i nagle jacyś esesowcy zaczęli strzelać. Tłum rzucił się do ucieczki. On też. Wiesz, ja sobie w ogóle przedtem nie wyobrażałem, że on się może czegokolwiek bać. A on, mój idol, uciekał. Bo on był przyzwyczajony do tego, że zawsze miał broń: w podchorążówce, w Warszawie, we Wrześniu, w Modlinie. Tamci mieli broń i on miał broń, więc był odważny. A kiedy stało się tak, że tamci strzelali, a on nie mógł strzelać – był już innym człowiekiem. Nastąpiło to właściwie bez słowa, z dnia na dzień; po prostu przestał działać. I kiedy miało być pierwsze posiedzenie Komendy, on już się nie nadawał do tego, żeby tam iść. Więc ja poszedłem. Miał taką dziewczynę, Anię. Zabrali ją na Pawiak – później wydostała się zresztą, ale jak ją zabrali, on się załamał zupełnie. Przyszedł do nas, oparł się rękami o stół i zaczął mówić, że i tak jesteśmy straceni, i że nas wyrżną, że jesteśmy młodzi i powinniśmy uciekać do lasu… Nikt mu nie przerwał. Już wyszedł – ktoś powiedział: „To dlatego, że ją zabrali. Teraz nie ma już po co żyć.Teraz zginie.” Każdy musiał wtedy mieć kogoś, wokół kogo kręciło się jego życie, dla kogo mógł działać. Bierność oznaczała pewną śmierć. Działanie było jedyną szansą przetrwania.Trzeba było coś robić, gdzieś iść. Ta krzątanina nie miała żadnego znaczenia, bo i tak wszyscy ginęli, ale człowiek nie czekał na swoją kolej bezczynnie. Ja krzątałem się wokół Umschlagplatzu – miałem dzięki naszym ludziom z policji wyprowadzać tych, którzy byli nam najbardziej potrzebni. Jednego dnia wyciągnąłem chłopaka z dziewczyną – on był z drukarni, a ona była dobrą łączniczką. Zginęli wkrótce oboje, on w powstaniu, ale zdążył jeszcze wydrukować przedtem jedną gazetkę, a ona na Umschlagplatzu, ale zdążyła jeszcze przedtem ją rozkolportować. Jaki to miało sens, chcesz zapytać?
    Żadnego. Nie stało się dzięki temu na beczce. To wszystko.
    Hanna Krall, Zdążyć przed Panem Bogiem, Warszawa 1992

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany.